#zBOGIEM, który pociesza – Agnieszka

gorąca czekolada w Filiżanka Cafe w Poznaniu

Trochę po macoszemu traktowałam prawdę o tym, że w każdym człowieku mieszka Jezus. Trudno było mi uwierzyć, że Pan może objawiać się poprzez grzeszników, a tym bardziej ludzi, którzy często mają dłuższą listę wad niż zalet. Dopiero po pewnym czasie dostrzegłam, że ludzie, którymi zaczęłam się otaczać, nie zostali postawieni na mojej drodze przypadkowo. Pośród ich wszystkich cech, pozytywnych i negatywnych, zawsze znajduje się coś, czego mogę się od nich uczyć. Coś, z czym Pan ich do mnie posyła. Może do Ciebie też?

Zaprosiłam Agnieszkę na rozmowę nie do końca wiedząc, w jakim kierunku się potoczy. Jedyne, czego byłam pewna to to, że jesteśmy różne. Aga punktualnie przyszłą na miejsce spotkania, a ja wparowałam spóźniona do poznańskiej kawiarni. Pomimo, że było bardzo zimno na zewnątrz, Agnieszka demonstrowała swoją kobiecość w spódnicy, tymczasem ja stawiłam się w spodniach i bluzie. Zamówiłyśmy w W Filiżance Cafe gorącą czekoladę, która nie tylko nas rozgrzała, ale także rozpaliła do szczerej rozmowy.

 

Wdoowska: Agnieszko, co było takim trudniejszym momentem w Twoim życiu?

Agnieszka: Myślę, że utrata relacji z bliską mi osobą.

Jak w takiej sytuacji wyglądała Twoja relacja z Bogiem?

Wiesz co… czasami ludzie mają coś takiego, że jak idzie nie po ich myśli to kłócą się z Bogiem, wyrzucają Mu coś. Ja tak nie miałam. Dla mnie sytuacja, która nastąpiła, to efekt mojej decyzji, którą podjęłam w oparciu o rozum, chociaż emocje mówiły co innego. Myślę, że na tym polega też dojrzałość – żeby pewne rzeczy umieć nazwać i spojrzeć na nie z pewnego dystansu i podjąć decyzję, która jest trudna, ale masz przekonanie, że jest dobra. To było dla mnie trudne emocjonalnie, ale właśnie… Miałam takie poczucie, że to jest zgodne z wolą Bożą.

W momencie, kiedy wydaje się nam, że wszystko się sypie, a my siłą woli decydujemy się ufać Bogu, w pewnym momencie pojawia się światło, w którego stronę możemy iść aby skutecznie sobie poradzić.

Po czym poznałaś, że to jest właśnie wola Boża?

Myślę sobie tak… Wolą Bożą jest, żebyśmy byli szczęśliwi i realizowali swoje pragnienia. Mówiąc w dużym skrócie, nasze najgłębsze pragnienia sprowadzają się do bliskości z Nim. W tej relacji ani ja, ani, jak myślę, ta druga osoba nie była w stanie ich realizować.

Czy podejmując taką decyzję, ryzykując trochę, bałaś się o swoją przyszłość?

Nie. Miałam poczucie, że to dobra decyzja. Myślałam sobie, że skoro ten mężczyzna, w którym byłam zakochana, to nie jest TEN, to jaki musi być ten , który będzie tym właściwym (śmiech).

Mówiąc krótko – zaufałaś.

Tak, ale decyzję podjęłam po rozmowie z kierownikiem duchowym. Myślę, że warto w swoim życiu mieć jakiegoś towarzysza duchowego, księdza czy zakonnika.

Jak to się robi? Jak zaufać?

W każdym przypadku jest inaczej. To kwestia pewnych decyzji podejmowanych na co dzień (…). Aczkolwiek zdarzają się też takie „skoki wiary”. Ktoś nie wierzy, przytrafia mu się w życiu coś przykrego i zaufa Panu Bogu, bo tylko to mu pozostaje. W moim przypadku to był proces. Od kilkunastu lat jestem osobą świadomie wierzącą, Jezus jest mi najbliższą osobą w życiu… To jest dla mnie naturalne, że ta relacja ewoluuje. Jak każdy człowiek przeżywam trudne emocje, momentami zwątpienie… Ale mam świadomość, że to jest w danym momencie takie moje wewnętrzne wydarzenie, a potem przychodzi  pocieszenie, zawsze.

Dla mnie to było niesamowite, że w takim momencie, kiedy jest mi tak ciężko, Pan Bóg przychodzi do mnie z takimi słowami przez drugiego człowieka.

Zawsze?

Zawsze. (śmiech) Prędzej czy później. To jest tak, że człowiek wierzący w Boga inaczej patrzy na życie niż osoby, które nie mają z Nim relacji. Myślę, że już pomaga sama świadomość, że jesteśmy stworzeni do wyższego celu, niż te cele doczesne, których czasami nie udaje nam się osiągnąć. Te nieosiągnięte cele to są takie drobne rzeczy, które mogą wytrącać nas niekiedy z równowagi, natomiast mając w perspektywie życie wieczne widzimy, że są to czasami rzeczy błahe. W tym miejscu przypomina mi się, jak w jednym filmiku o. Adam Szustak (*„Nieszczęście”) zapytał, co to jest dla Ciebie nieszczęście. Czasami jest tak, że wydarzy się coś, co wydaje się nieszczęściem, ale po krótkim czasie okazuje się, że wyniknęło z tego dużo dobra. Dzięki trudnym sytuacjom możemy spojrzeć na siebie, na swoje życie, na relacje nieco inaczej; wejść głębiej, odkryć sens trudu.

Jak wspomniałaś o o. Szustaku przypomniało mi się, że powiedział, co jest przeciwieństwem miłości. To nie jest nienawiść, tylko strach.

Tak… Nawet św. Jan pisze, że doskonała miłość usuwa lęk.

A czy mimo wiary, pojawił się u Ciebie lęk?

Tak, nie raz się czegoś bałam. Takie sytuacje pokazują mi, jak ta moja wiara jest słaba i jak długa jest moja droga do Pana Boga.

Jak sobie radzisz w takich sytuacjach?

W momencie napływu silnych emocji staram się nie podejmować decyzji, bo wiem, że nie będą dobre. Można powiedzieć, że stosuję się do wskazówek świętego Ignacego Loyoli. Św. Ignacy mówił o okresach pocieszenia i strapienia w życiu duchowym; zauważył, że nie są to dobre momenty na podejmowanie decyzji. Zalecał tak zwaną świętą obojętność, czyli podejście do tych okresów z dystansem. Zalecał, by w czasie pocieszenia nabrać zasobów do radzenia sobie w okresach strapienia, żeby wtedy sobie je przypomnieć, nie załamywać się i mieć świadomość, że nie zawsze tak będzie.

W okresach strapienia bywa tak, że mamy wrażenie, że wszystko nam się wali; że coś nie ma sensu. Wtedy lepiej nie podejmować  decyzji, bo wynikają z tego stanu, w którym przestajemy wierzyć we własne siły. Dobrym momentem na podejmowanie decyzji jest stan obojętności – wtedy potrafimy spojrzeć na pewne rzeczy z dystansu. 

Mnie taka świadomość bardzo ratuje, co nie znaczy, że nie pozwalam sobie przeżyć trudnych chwil. Czasami mam wrażenie, że warto przeżyć je tak dogłębnie, wypłakać się, bo potem przychodzi takie oczyszczenie.

To jest takie niesamowite, bo doświadczam, że Pan Bóg wie, co robi w moim życiu. Niedawno miałam trudny okres, miałam skręconą stopę, przez co czułam się ograniczona, bo nie mogłam biegać, musiałam odpuścić sobie treningi. Jeden lekarz zalecił mi żebym w ogóle nie biegała, co było dla mnie trudne do przyjęcia, trochę się wtedy załamałam. Próbowałam sobie na nowo przeformułować pewne moje cele. Byłam w takim stanie, że nie chciałam z nikim gadać. Pewnego dnia byłam w sklepie, i zobaczyłam sportowe ubrania, podobne do tych, w których biegam. Zrobiło mi się bardzo smutno, wróciłam do domu i zaczęłam płakać. Akurat zadzwonił do mnie mój przyjaciel Maciek i powiedział mi, że będzie w mojej intencji msza święta. Dla mnie to było niesamowite, że w takim momencie, kiedy jest mi tak ciężko, Pan Bóg przychodzi do mnie z takimi słowami przez drugiego człowieka. Myślę, że Duch Boży nad tym czuwał, bo tego dnia potrzebowałam dokładnie takiego rodzaju pocieszenia. To nie był dobry moment żeby rozmawiać o tym, co przeżywam, wiele osób by nawet tego nie zrozumiało, potrzebowałam po prostu modlitwy.

 To nie był dobry moment żeby rozmawiać o tym, co przeżywam, wiele osób by nawet tego nie zrozumiało, potrzebowałam po prostu modlitwy.

Jestem przekonana, że w życiu każdego z nas są trudne chwile, ale jeśli się ufa Bogu, mając świadomość, że nie zawsze będzie źle, człowiek jest bardziej otwarty na poprawę swojej sytuacji. Ważne jest, żeby przyjmować to, z czym Pan Bóg chce przyjść. Nie odcinać się i nie zamykać w swoim strasznym, smutnym świecie, tylko mieć otwartość na to, co przyjdzie.

A po zakończeniu tej relacji, o której wspominałaś, przyszło pocieszenie?

Tak, to był proces. Bez pomocy innych nie dałabym rady. Pan Bóg dał mi rozum żebym go używała. Widząc, że potrzebuję wsparcia, dążyłam do tego, by je otrzymać. Odkrywałam, kto jest w stanie mi pomóc w trudnej sytuacji. Pan Bóg mi posyłał takich znajomych i ja do nich też przychodziłam.

Nauczona swoim doświadczeniem wiedziałam, że inni ludzie są nam potrzebni i przez innych ludzi też przychodzi do nas Chrystus. Warto mieć oczy szeroko otwarte żeby Go widzieć… Żeby Go przyjmować…

Takie trudne momenty to szansa na rozwój, również w wierze.

Czasami dużo czasu zajmuje poradzenie sobie z trudną sytuacją, ale widzę że nie warto się poddawać w takich momentach, trzeba aktywnie szukać rozwiązań. Robić coś, żeby się rozwijać. Takie trudne momenty to szansa na rozwój, również w wierze. W momencie, kiedy wydaje się nam, że wszystko się sypie, a my siłą woli decydujemy się ufać Bogu, w pewnym momencie pojawia się światło, w którego stronę możemy iść aby skutecznie sobie poradzić.

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę, tę nagraną i nie nagraną 🙂  Za szczerość i odwagę, uśmiech i perfekcjonizm, ale przede wszystkim za siłę, którą odnajdujesz w sobie i dajesz przykład życia w zaufaniu do Pana Boga, bez szukania desperacko miłości. 

 

Zapraszam na bloga Agnieszki: doswiatlazciemnosci.blogspot.com

widziałeś?